
Kontynuując rozpoczętą wcześniej serię poświęconą podstawom współczesnego zielonego konserwatyzm warto pogłębić refleksję nad jej zapleczem filozoficznym i antropologicznym, bez którego wszelkie rozważania o kryzysie cywilizacji, relacji człowieka z naturą oraz granicach postępu pozostają powierzchowne. W kolejnych częściach tej analizy punktem odniesienia stanie się myśl Chantal Delsol, która w sposób szczególnie przenikliwy opisuje przemiany kulturowe Zachodu, ukazując je nie tylko jako kryzys instytucji czy wartości, lecz przede wszystkim jako głęboką zmianę w rozumieniu człowieka, jego wolności i miejsca w świecie.
Chantal Delsol nie jest autorką, którą da się łatwo zamknąć w prostym schemacie politycznym albo ideologicznym. Z jednej strony bywa przedstawiana jako konserwatystka, z drugiej jako krytyczka wszelkiego doktrynerstwa. Pisze o kryzysie Zachodu, lecz nie robi tego w tonie taniej katastroficznej publicystyki. Broni chrześcijaństwa, a jednocześnie uważa, że chrześcijanie nie mogą już myśleć o sobie jak o tych, którzy posiadają społeczną władzę i kulturowy monopol. Właśnie dlatego jej myśl okazuje się tak interesująca w perspektywie zielonego konserwatyzmu. Nie dlatego, że Delsol formułuje gotowy program ekologiczny, bo tego nie robi, lecz dlatego, że proponuje pewien sposób rozumienia człowieka, wspólnoty, natury, ograniczenia i nadziei. Bez takiego zaplecza antropologicznego i moralnego wszelka rozmowa o odpowiedzialności za świat przyrody bardzo szybko zamienia się albo w technokratyczne zarządzanie, albo w nową świecką religię.
Najpierw trzeba więc jasno powiedzieć, że u Delsol wszystko zaczyna się od człowieka, ale nie od człowieka samowystarczalnego i dumnego ze swojej autonomii, tylko od człowieka kruchego, omylnego, wewnętrznie pękniętego, a zarazem obdarzonego godnością. To nie jest antropologia nowoczesnego triumfalizmu. To nie jest także antropologia romantycznego samozachwytu. Delsol nie wierzy, że człowiek sam siebie zbawi, sam siebie wymyśli od nowa i sam zbuduje doskonały świat. W tym sensie jej refleksja jest głęboko antyutopijna. Krystyna Demkowicz-Dobrzańska z Wydziału Nauk Społecznych Uniwersytetu Gdańskiego trafnie zauważa, że jednym z najważniejszych punktów odniesienia dla Delsol pozostaje kantowska koncepcja zła radykalnego. Nie chodzi tutaj o tanie moralizowanie ani o pesymistyczne przekonanie, że człowiek jest po prostu z gruntu zły. Chodzi raczej o uznanie, że możliwość zła jest wpisana w samą strukturę ludzkiej wolności. Człowiek jest zdolny do dobra, ale nie jest na dobro automatycznie skazany. Może wybierać dobrze, ale może też wybierać źle i to nie dlatego, że zepsuło go wyłącznie społeczeństwo, kapitalizm, bieda, wychowanie czy zła organizacja państwa. Zło nie przychodzi tylko z zewnątrz. Ono ma również wymiar wewnętrzny. Kto o tym zapomina, ten bardzo szybko zaczyna wierzyć, że wystarczy wskazać winnych, usunąć przeszkodę, przebudować instytucje albo przeorać kulturę, aby człowiek stał się nowy. Delsol należy do tych myślicieli, którzy wiedzą, że z takich obietnic rodzą się najgorsze polityczne koszmary.
To właśnie tutaj ujawnia się jej zasadnicze znaczenie dla zielonego konserwatyzmu. Każda poważna refleksja ekologiczna musi odpowiedzieć na pytanie, kim właściwie jest człowiek. Czy jest tylko jednym z elementów przyrody, chwilowym produktem procesów biologicznych, którego szczególna pozycja jest złudzeniem? Czy może przeciwnie, jest absolutnym panem stworzenia, który ma prawo traktować świat jak magazyn surowców, przestrzeń eksploatacji i pole dla własnej ekspansji? Delsol nie przyjmuje ani jednej, ani drugiej skrajności. Nie godzi się na pychę człowieka nowoczesnego, który uwierzył, że może dowolnie przekształcać wszystko według własnej woli, ale nie godzi się też na takie rozpuszczenie człowieka w naturze, które unieważnia jego wyjątkowość i odpowiedzialność. Zielony konserwatyzm potrzebuje właśnie tej podwójnej korekty. Potrzebuje ograniczenia ludzkiej pychy, ale nie kosztem ludzkiej godności. Potrzebuje przypomnienia, że człowiek nie jest Bogiem, ale nie może też udawać, że jest tylko zwierzęciem pośród innych zwierząt.



Delsol bardzo mocno widzi związek pomiędzy błędną antropologią a nowoczesnymi katastrofami politycznymi. Gdy człowiek zaczyna myśleć o sobie jako o istocie zdolnej do całkowitego samostworzenia, prędzej czy później pojawia się pokusa stworzenia również nowego społeczeństwa i nowego świata. Wtedy polityka przestaje być sztuką roztropnego porządkowania rzeczy wspólnych, a staje się wielkim projektem zbawienia. W XX wieku widzieliśmy to aż nadto wyraźnie. Totalitaryzmy nie były zwykłymi systemami przemocy. Były projektami antropologicznymi. Chciały wyprodukować nowego człowieka, oczyszczonego z dawnych lojalności, religii, przywiązań i słabości. Delsol wraca do tego problemu wielokrotnie i za każdym razem przypomina, że źródłem zbrodni nie była tylko brutalność państwa, lecz także fałszywa wiara w możliwość usunięcia zła ze świata przez odpowiednią organizację rzeczywistości. Jeśli uzna się, że zło leży wyłącznie w strukturach, można bez skrupułów niszczyć ludzi w imię lepszego jutra. Jeśli uzna się, że zło leży tylko w określonych grupach, narodach, klasach czy tradycjach, można usprawiedliwić niemal wszystko. Demkowicz-Dobrzańska słusznie pokazuje, że właśnie tutaj Delsol prowadzi swój najważniejszy spór z nowoczesnością. Nie wierzy w niewinność człowieka. Nie po to jednak, aby go potępić, tylko po to, aby ocalić przed polityczną iluzją.
Dla zielonego konserwatyzmu ma to znaczenie fundamentalne. Współczesne myślenie ekologiczne często wpada bowiem w bardzo podobną pułapkę. Zaczyna się od słusznej intuicji, że człowiek naruszył równowagę świata przyrody, że jego gospodarcza zachłanność i techniczna pycha doprowadziły do degradacji środowiska, a kończy się na moralnym uproszczeniu, w którym odpowiedzialność za kryzys przybiera niemal postać świeckiego grzechu pierworodnego całej cywilizacji zachodniej. Stąd już tylko krok do przekonania, że należy całkowicie zerwać z przeszłością, zanegować dotychczasowy model życia, a nawet podejrzliwie traktować samo człowieczeństwo jako takie. Delsol byłaby wobec tej tendencji bardzo sceptyczna. Nie dlatego, że chciałaby usprawiedliwiać dewastację świata, lecz dlatego, że widzi w tego rodzaju myśleniu starą pokusę. Pokusę odkupienia świata przez ideologię. Zielony konserwatyzm, jeśli ma być czymś więcej niż odmianą ekologicznego radykalizmu, musi zachować pamięć o tym, że człowiek nie naprawi świata przez kolejną totalną rewolucję. Naprawa świata zawsze będzie cząstkowa, stopniowa, niepełna, a przy tym obciążona ryzykiem błędu. To nie słabość tego myślenia, tylko jego realizm.
Z tego realizmu wyrasta u Delsol wielka nieufność wobec utopii. W jednym z wywiadów mówi bardzo wyraźnie, że nie można uniknąć utopii inaczej niż poprzez codzienną pracę na rzecz poprawy, połączoną z głęboką świadomością egzystencjalnej niedoskonałości. To zdanie można uznać za jeden z najlepszych skrótów jej postawy. Delsol nie zachęca do bierności, rezygnacji czy pogodzenia się z niesprawiedliwością. Przeciwnie, jej myśl stale obraca się wokół odpowiedzialności, troski i wysiłku. Jednak odrzuca wielkie obietnice ostatecznego rozwiązania. Nie wierzy, że da się stworzyć społeczeństwo bez konfliktu, człowieka bez słabości, politykę bez przemocy, kulturę bez rozdarć. Właśnie dlatego jest myślicielką tak bardzo potrzebną w epoce, która albo śni o doskonałości, albo tonie w cynizmie. Zielony konserwatyzm może od niej nauczyć się jednej rzeczy szczególnie ważnej. Ochrona świata nie polega na stworzeniu nowej, czystej ludzkości. Polega raczej na codziennym ograniczaniu szkód, porządkowaniu życia, uczeniu się miary i przyjmowaniu odpowiedzialności za to, co bliskie.
W tym miejscu szczególnie cenne okazują się intuicje Delsol dotyczące Monteskiusza. W swoim eseju o dwóch historycznych fundamentach tolerancji pokazuje ona, że porządek polityczny nie może być budowany wyłącznie w oparciu o abstrakcyjne zasady oderwane od rzeczywistości danego ludu. Prawa, obyczaje i instytucje rosną w określonym kontekście, są związane z historią, klimatem, religią, formą życia i przyzwyczajeniami. Nie oznacza to relatywizmu, lecz roztropność. Delsol pokazuje, że między dogmatyzmem a relatywizmem istnieje trudna droga pośrednia. Można uznawać godność człowieka i jedność rodzaju ludzkiego, a zarazem odrzucać pokusę narzucania wszystkim jednego modelu życia. To bardzo ważny wątek również dla myślenia ekologicznego. Współczesna debata o klimacie i środowisku bywa bowiem prowadzona tak, jakby istniało jedno uniwersalne rozwiązanie dla wszystkich społeczeństw, regionów i kultur. Tymczasem zielony konserwatyzm, jeżeli ma być wierny własnej nazwie, powinien pamiętać, że troska o ziemię ma także wymiar lokalny, historyczny i cywilizacyjny. Nie ma jednej ekologii dla wszystkich, tak jak nie ma jednego stylu zamieszkiwania świata, który można bez kosztów przeszczepić wszędzie.
Ta wrażliwość na konkret i kontekst łączy Delsol z Janem Gwalbertem Pawlikowskim znacznie mocniej, niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka. Oczywiście Delsol nie rozwija bezpośrednio programu ochrony krajobrazu na wzór polskich myślicieli początku XX wieku. Jednak jej sposób myślenia o kulturze, naturze i zakorzenieniu prowadzi w podobną stronę. Pawlikowski bronił nie tylko przyrody, ale także swoistości miejsca, stylu ziemi, związku krajobrazu z ludzkim zamieszkaniem. Delsol, krytykując nowoczesne wykorzenienie, broni z kolei tych form życia, które nie są jeszcze całkowicie zredukowane do funkcjonalności i czystej użyteczności. Zielony konserwatyzm potrzebuje obu tych języków jednocześnie. Potrzebuje mówić o przyrodzie, ale nie wyłącznie w kategoriach zasobu, emisji i ochrony bioróżnorodności. Musi również mówić o formie życia, o pięknie, o obyczajach, o pamięci, o granicach ingerencji, o tym wszystkim, co sprawia, że człowiek nie tylko przebywa na ziemi, ale naprawdę ją zamieszkuje.
Właśnie dlatego tak ważna staje się u Delsol krytyka nowoczesnej fascynacji maszyną, abstrakcją i standaryzacją. Nie jest przypadkiem, że w tekstach o przemianie cywilizacji zachodniej powraca u niej motyw zaniku dawnych norm i wierzeń, które przez stulecia porządkowały życie wspólnot. Delsol uważa, że obyczaje nie istnieją w próżni. Są zakorzenione w głębszych przekonaniach o tym, czym jest człowiek, czym jest dobro, czym jest życie, ciało, rodzina, śmierć, natura. Gdy te przekonania zanikają, same normy moralne bardzo szybko tracą grunt pod nogami. Andrzej Gielarowski trafnie uchwycił tę logikę, gdy omawiał jej książkę o końcu świata chrześcijańskiego. Delsol pokazuje bowiem, że współczesna przemiana nie jest po prostu wymianą poglądów czy modernizacją obyczajów, lecz zmianą ontologiczną. Zmienia się sam sposób widzenia rzeczywistości. To, co dawniej miało oparcie w dogmacie, dziś szuka uzasadnienia w odczuciu, nastroju, wrażliwości albo bezpośrednim imperatywie państwowym. W tym sensie zielony konserwatyzm nie może ograniczać się do administracyjnych rozwiązań ekologicznych. Musi zrozumieć, że stosunek do przyrody wynika z głębszych wierzeń i wyobrażeń. Inaczej będzie tylko zarządzał skutkami, nie dotykając przyczyn.
“W tym kontekście szczególnego znaczenia nabiera inicjatywa Fundacji Polska z Natury 'Piękno tej ziemi’, która wpisuje się w próbę odzyskania języka zdolnego połączyć troskę o środowisko z głębszymi fundamentami kulturowymi i duchowymi. Odwołując się do nauczania Jan Paweł II, jego szczególnej więzi z polską przyrodą oraz wezwania do zachowania „piękna tej ziemi”, kampania ta proponuje spojrzenie na ochronę natury nie jako na ideologiczny projekt, lecz jako element odpowiedzialności zakorzenionej w tradycji, wierze i doświadczeniu wspólnoty. Tego rodzaju perspektywa pozwala wyjść poza dominujące dziś napięcia, w których ekologia bywa postrzegana albo jako technokratyczny obowiązek, albo jako narzędzie kulturowego nacisku i otwiera przestrzeń dla refleksji religijnej i patriotycznej, zdolnej zmniejszać społeczny opór wobec koniecznych działań. Jednocześnie tworzy ona możliwość budowania trwałych partnerstw oraz formułowania spójnej, konserwatywnej narracji o ochronie środowiska, która nie zrywa z dziedzictwem, lecz właśnie z niego wyrasta” – mówi Krzysztof Perycz Szczepański, prezes Fundacji Polska z Natury
Ciekawy jest jeden z najbardziej frapujących i zarazem ryzykownych wątków u Delsol, mianowicie jej diagnoza współczesnego kosmoteizmu. Filozofka twierdzi, że Zachód odchodzi od chrześcijańskiego monoteizmu i czasu linearnego, aby coraz częściej przyjmować postawę duchową zbliżoną do dawnych form pogaństwa, animizmu albo panteizmu. Nie chodzi jej o prosty powrót do religii starożytnych, lecz o głębszy ruch wyobraźni. Człowiek przestaje myśleć o sobie jako o kimś ukierunkowanym ku transcendencji, a zaczyna traktować świat jako domkniętą całość, w której sens znajduje się wyłącznie wewnątrz życia, natury i kosmosu. W takim układzie ekologia zyskuje rangę niemal religijną. Natura staje się święta, a obrona przyrody może przybrać formę moralnego absolutu. Delsol nie odrzuca samej troski o naturę. Byłoby absurdem tak ją czytać. Niepokoi ją jednak to, że nowa wrażliwość ekologiczna coraz częściej odrywa się od pojęcia prawdy i odróżnienia między człowiekiem a światem przyrody. Człowiek ma już nie tyle odpowiadać za świat, ile rozpłynąć się w nim, wyrzec się własnej wyjątkowości i pokornie przyjąć status jednego z elementów większej całości.
Zielony konserwatyzm nie może przejść obojętnie obok tej diagnozy, bo właśnie tutaj waży się jego tożsamość. Jeżeli ma on być prawdziwie konserwatywny, nie może ubóstwić natury kosztem człowieka. Jeżeli ma być prawdziwie zielony, nie może też zachować nowoczesnej pychy, która widzi w świecie tylko materiał do przetworzenia. Między tymi dwiema skrajnościami potrzebna jest pozycja trudniejsza, ale dojrzalsza. Troska o przyrodę nie może oznaczać rezygnacji z antropologii. Przeciwnie, wymaga dobrej antropologii. Człowiek powinien chronić świat nie dlatego, że sam jest niczym, ale właśnie dlatego, że jest kimś. Ma szczególną pozycję, bo tylko on potrafi uświadomić sobie wartość bytu, piękna, ładu i zniszczenia. Jeżeli odrzuci własną godność, odrzuci też własną odpowiedzialność. A wtedy pozostanie tylko sentymentalny kult natury albo brutalna polityka interesów.
W tym kontekście niezwykle istotny staje się motyw nadziei, który w tekstach o Delsol rozwinęła Nelli Przybylska. To jeden z tych wątków, które łatwo przeoczyć, bo obraz Delsol jako surowej krytyczki nowoczesności przysłania niekiedy bardziej wewnętrzny ton jej filozofii. Tymczasem Delsol nie jest myślicielką rozpaczy. Nie wierzy w automatyczny postęp, ale nie głosi też beznadziei. Nadzieja jest dla niej kategorią fundamentalną, choć rozumianą w sposób zdecydowanie odmienny od oświeceniowej wiary w nieustanne ulepszanie świata. Nie chodzi o optymizm historyczny ani o przekonanie, że przyszłość sama z siebie będzie lepsza. Nadzieja wyrasta z wiary, a nie z kalkulacji. Nie opiera się na statystyce, prawdopodobieństwie ani inżynierii społecznej. Jest raczej zgodą na to, że człowiek, choć słaby i niedoskonały, nie jest zamknięty w swojej niedoskonałości, że możliwe jest dobro, choć nie będzie ono pełne, że możliwa jest poprawa, choć nie będzie to zbawienie przez politykę. W takim sensie nadzieja stanowi dokładne przeciwieństwo utopii. Utopia chce natychmiastowej doskonałości. Nadzieja przyjmuje drogę, wysiłek, cierpliwość i brak ostatecznego domknięcia.
Dla zielonego konserwatyzmu to rozróżnienie ma wielkie znaczenie praktyczne. Bez nadziei łatwo popaść albo w katastrofizm, albo w fanatyzm. Katastrofizm mówi, że wszystko jest już stracone, a więc pozostaje tylko panika, rozpacz albo moralne szantażowanie innych. Fanatyzm z kolei twierdzi, że świat można jeszcze uratować, ale tylko pod warunkiem całkowitej zmiany stylu życia, podporządkowania się nowym dogmatom i przyjęcia jedynie słusznej wizji dobra. Delsol nie proponuje żadnej z tych dróg. Jej nadzieja jest skromna, ale nie słaba. Zakłada codzienną pracę, mozolne poprawianie tego, co możliwe do poprawy, bez złudzenia, że rezultat będzie ostateczny. To podejście szczególnie dobrze współbrzmi z konserwatywną wrażliwością na ograniczenie i ciągłość. Nie trzeba wierzyć w raj na ziemi, by uznać sens troski o wspólny świat. Nie trzeba obiecywać doskonałości, by bronić ładu, piękna i życia.
Warto też zwrócić uwagę na religijny wymiar myśli Delsol, bo bez niego łatwo ją spłycić. Francuska filozofka wielokrotnie powtarza, że chrześcijaństwo nie powinno dziś marzyć o odzyskaniu dawnej dominacji społecznej. W jednym z wywiadów mówi wręcz wprost, że współczesnego człowieka nie przekona już prawda dogmatu głoszona z wysoka. Wiara ma przechodzić przez ludzi, przez ich świadectwo, przez sposób życia. To nie jest wezwanie do kapitulacji, jak chcieliby niektórzy jej krytycy, lecz uznanie nowej sytuacji cywilizacyjnej. Delsol wie, że Christianitas jako system kulturowej dominacji dobiega końca. Ale nie oznacza to dla niej końca chrześcijaństwa. Oznacza raczej powrót do bardziej pierwotnej formy obecności. Nie przez władzę, lecz przez promieniowanie. Nie przez instytucjonalny monopol, lecz przez osoby. W kontekście zielonego konserwatyzmu jest to intuicja bardzo cenna. Ochrona świata nie dokona się jedynie przez ustawy i mechanizmy administracyjne. Potrzebuje stylu życia, świadectwa, nowej kultury zamieszkiwania ziemi. Bez tego nawet najlepsze regulacje pozostaną zewnętrzne i kruche.
Oczywiście, można wobec Delsol wysunąć poważne zastrzeżenia. Czasem zbyt szybko generalizuje. Bywa, że jej opisy współczesnej przemiany kulturowej są zbyt jednorodne i za mało uwzględniają pluralizm samego Zachodu. Niektóre jej sądy o końcu chrześcijańskiego świata mogą wydawać się zbyt stanowcze, a niekiedy wręcz podszyte francuskim doświadczeniem laickości, którego nie da się bez reszty przenieść na inne kraje. Podobnie jej krytyka dogmatu i nacisk na fenomenologię bywają trudne do przyjęcia dla teologów, którzy słusznie przypominają, że chrześcijaństwo nie może istnieć wyłącznie jako forma nastroju czy etycznego świadectwa. Ale nawet tam, gdzie można z nią polemizować, pozostaje ona myślicielką niezwykle użyteczną, bo zmusza do stawiania pytań podstawowych. O źródła naszych przekonań, o prawdziwą naturę współczesnych przemian, o miejsce chrześcijaństwa, o sens wspólnoty, o granice ludzkiej władzy nad światem.
Właśnie dlatego jej myśl daje się twórczo wpisać w refleksję nad zielonym konserwatyzmem. Nie jako gotowy podręcznik ekologiczny, lecz jako filozoficzne zaplecze pewnej postawy. Postawy, która odrzuca zarówno technokratyczne złudzenie pełnej kontroli, jak i romantyczne marzenie o całkowitym stopieniu się z naturą. Postawy, która broni osoby ludzkiej, ale nie usprawiedliwia człowieczej samowoli. Postawy, która widzi znaczenie tradycji, krajobrazu, obyczaju i zakorzenienia, ale nie chce zamrażać świata w muzealnej formie. Postawy, która nie wierzy w doskonałość, lecz wierzy w sens wysiłku. To bardzo wiele.
Jeśli więc miałbym najkrócej ująć, na czym polega znaczenie Delsol dla zielonego konserwatyzmu, powiedziałbym tak. Uczy ona myślenia o świecie bez pychy. Przypomina, że człowiek nie może stworzyć się od nowa ani zbawić historii, ale może odpowiadać za to, co odziedziczył. Uczy myślenia o naturze bez bałwochwalstwa. Pokazuje, że świat nie jest ani czystym materiałem, ani nowym absolutem, lecz miejscem zamieszkania istot śmiertelnych, które muszą nauczyć się miary. Uczy myślenia o kulturze bez nostalgicznego kłamstwa. Wie, że dawny porządek nie wróci, ale nie chce dlatego składać broni przed chaosem. Wreszcie uczy myślenia o przyszłości bez utopii i bez rozpaczy, a to może dziś najważniejsza lekcja ze wszystkich.
Autorzy: Kevin Nowacki, Krzysztof Perycz-Szczepański